Sieradzczyzna I Kirowograd I Wola Korycka I Lublin I Przystałowice
:::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

 

• Sieradzczyzna

 

Jak dla mnie to  magiczna kraina. Moja przygoda z nią rozpoczęła się można powiedzieć w maju 2008 roku, kiedy to w głowie zaczął kiełkować mi projekt wykonania basów na potrzeby wrocławskiej ekipy grająco-tańczącej. Już od paru lat gdzieś ten temat regionu sieradzkiego mnie nurtował, powracał choćby w momentach zasłuchiwania się w płytę z "Muzyki Źródeł". Zawsze miałem tam kilku faworytów. No i jak to często w życiu bywa warunki nagle zaczęły sprzyjać; projekt został napisany i wsparty przez Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego i rozpoczęła się sieradzka przygoda! Podziękowania za wsparcie i nakierowanie na właściwe tory i osoby składam na ręce Remka Hanaja, pani Ewy Dahlig, Małgorzaty Dziurowicz-Kaszuby oraz Maćka Żurka.
Już podczas pierwszego rekonesansu dzięki pani Kaszubowej poznałem najlepszych, aktywnych skrzypków okolic Sieradza. Okazuje się, że spóźniłem się o dobre 4-5 lat, kiedy to żyło jeszcze kilku najlepszych więcej. Dziś regularnie staram się odwiedzać pana Józefa Tomczyka, skrzypka z Mroczek Małych- wsi na granicy województw Łódzkiego i Wielkopolskiego. On sam, prawdopodobnie pamiętając jakie trudności napotykał kiedy jako młody chłopak chciał uczyć się gry, chętnie dzieli się swoją muzyką. Styl zarówno jego grania jak i podejścia "pedagogicznego" jest przyjemnie zawadiacki, okraszany humorem, ale i troską. Podobnie jak Jan Gaca, kiedy tylko orientuje się, że dany fragment lub utwór zostaje opanowany automatycznie podwyższa poprzeczkę, przeskakując w tonacji czy dodając kolejny system ozdobników, pan Józiek nie pozostawia na uczniu strzępu pewności! To prawdopodobnie w ten sposób pozostaje to żywe, kiedy nie pozwala się adeptowi spoczywać na momencie "umiem", "opanowałem", "przejąłem" i utrzymuje się go w cięgłym poczuciu, że to wciąż nie to.
Muzyka sieradzka jest  cudowna. Melodyjna, "śpiewna" i kompletna. Różni się  od tej, którą poznałem najpierw czyli janogacowej-kajockiej, jednak nie o różnice tu na pewno chodzi. Sieradzkie granie ma swój czar, urok i charakter, któremu bardzo łatwo ulec. Szczególnie kiedy słyszy i widzi się je grane czy śpiewane przez faktycznych jego "dzierżycieli", których osobowości właśnie ten charakter tworzą.
Takie chwile zawsze budzą coś zapomnianego w człowieku; dzień-dwa pośród tych ludzi, w ich otoczeniu i nie da się już tak łatwo zasnąć.. Moment obcowania z mistrzem to zawsze maksimum wrażeń, maksimum doświadczenia...
Od października 2008 kiedy to rozpocząłem prace na Sieradzczyźnie byłem tam już kilka razy. Musiało minąć niemal pół roku, żebym pośród lutowej, zimy, dosłownie brnąc przez śniegiwraz z panią Małągosą dotarł do prawdopodobnie jednego z ostatnich wiejskich lutników, co przecież było punktem wyjścia dla tych eksploracji!
Aktualnie wraz z  członkami stowarzyszenia współpracujemy głównie z panią Kaszubową oraz z panią Teresą Dębską- wieloletnimi badaczkami i znawczyniami regionu. Każde z nas wydeptuje sobie tam swoje ścieżki, realizuje swoje życiowe wątki. Obyśmy nie spoczęli i umieli potem podzielić się tym z innymi!  

Bartek Tomaszewski, marzec/kwiecień 2009

powrót do góry...

 

• Kirowograd

        

Było tak. Wydawałoby się, że mimo wszystko pewne rzeczy nie są możliwe. Po prostu jak sobie czasem człek pomyśli o złożoności niektórych przedsięwzięć to od ręki przestaje o nich myśleć. Jednak czasem nie zastanawiasz się nawet czy coś jest możliwe i od razu przechodzisz do działania. W ten sposób z poziomu posiadacza kasetki magnetofonowej nagranej w 1996 roku i wielkiej sympatii do materiału na niej zawartego gwałtownie przeszedłem do nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy przyczynili się do jej powstania, a w szczególności z małżeństwem Tereszczenków z Kirowogradu na Ukrainie. Chodziło o to, żeby trafić bezpośrednio do wykonawców tych "pieśni ukraińskich stepów" i, ni mniej ni więcej, zacząć uczyć się od nich śpiewać.
Szybko zorganizowaliśmy adres e-mail i kolejne tygodnie spędziliśmy na ujmowaniu tego, o czym myśleliśmy, w słowa. Bo przecież nie codziennie piszesz do zupełnie obcych ludzi w tak nietypowej sprawie, jak stanie się jego uczniem! Smaku dodawał fakt, że byliśmy wtedy w Londynie, za pieniędzmi...
W końcu list został napisany, przetłumaczony na ukraiński i wysłany. Na odpowiedź czekaliśmy wystarczająco długo, by zwątpić w to, że ją kiedykolwiek dostaniemy. Lecz w końcu nadeszła. Zupełnie niespodziewanie, nagle, z nienacka; po ponad 2 tygodniach! Kontakt został nawiązany, a była zima, początek 2005 roku.
W kilku miłych zdaniach dostaliśmy uprzejme zaproszenie na początek lata 2005, na festiwal "Krajna Mrij" do Kijowa. Upłynęło wiele wody w Tamizie, nim do spotkania doszło. Na początku lipca 2005 Olga i ja wyprawiliśmy się z Wrocławia do stolicy Ukrainy, by na bardzo ciekawym weekendowym festiwalu muzyki tradycyjnej i pochodnej, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, spotkać i poznać Natalię i Oleksandra Tereszczenko. Dreszczyk emocji, atmosfera pikniku, uśmiechy, słońce, przepiękna ukraińska muzyka w tle, od słowa do słowa i w imponującym stylu obustronnej praktyczności domówiliśmy sprawę nauki na środek września 2005, w Kirowogradzie.
Znów kawał czasu i w tym samym składzie B&O z radością znaleźliśmy się znów w drodze. Kierunek wschodni. Nocka we Lwowie u przyjaciół buddystów i heja ku stepom!
Praca w Kirowogradzie polegała głównie na spotkaniach w szkole muzycznej. Grupę prowadzi Natalia Wiktoriewna, my mieliśmy możliwość do niej się przyłączyć. Poza ćwiczeniami praktycznymi, pracą z głosem załapaliśmy się na kilka cennych wykładów z teorii i historii muzyki. Bezcenne jednak okazały się spotkania tzw. nieoficjalne, podczas których zapoznano nas z charakterystyką tradycji regionu kirowogradzkiego, na wielu przykładach usłyszeliśmy znane nam z nagrań Hiłki pieśni w wykonaniach oryginalnych, wreszcie prześpiewaliśmy z nauczycielami kilka utworów, uzyskując do nich szczegółowe instrukcje, dotyczące tamtejszej maniery śpiewaczej!
Wyjechaliśmy z torbami pełnymi nagrań naszych, tzw. terenowych, ale też archiwalnych, z głowami i sercami pełnymi żywych melodii, pustymi portfelami i całkowicie kontenci! Kilka nagrań z tamtych chwil można znaleźć tu:


Bartek Tomaszewski, 2005-2008

 

powrót do góry...

 

• Wola Korycka

        

Pierwszy raz przyszłam do Woli Koryckiej pieszo, przez las, od strony Sobolewa. Jakieś 8 kilometrów. Miałam dready, kolorową chustę z frędzlami i plecak. Studentka etnologii, poszukująca nauczycielki - mistrzyni. Takie było bowiem zadanie, jakie wyznaczyłam sobie wtedy, zainspirowana moimi wcześniejszymi doświadczeniami oraz zgodnie z programem Fundacji "Muzyka Kresów".
Marię Bienias zobaczyłam i usłyszałam pierwszy raz kilka miesięcy wcześniej na festiwalu "Najstarsze Pieśni Europy" w Lublinie. Wyczułam jakieś podobieństwo, powiedzmy, naszych charakterów. Zapytałam wtedy, czy mogę kiedyś przyjechać i posłuchać więcej. "A czemu nie?!" - brzmiała odpowiedź.
Pół roku się zbierałam. Jakoś nie tak łatwo było wziąć się zupełnie samodzielnie, od podstaw, za własny program badawczy. W końcu jednak trafiłam do Woli Koryckiej. Znalazłam mały drewniany domek, ustawiony szczytem do drogi, nieco na uboczu, w głębi, za olszynką. Kapliczka i ogródek. Drzwi otwarte. Pani Maria czekała w kuchni.
Pierwsze nagrania, wywiad. Można zapytać o wszystko - odpowiedzi są tak obszerne, ze już wiem, że trzeba będzie przyjechać po jeszcze. Po kilku godzinach pracy, po kolejnej herbacie i kolejnym posiłku, po rozmowach z gospodarzem, panem Janem, pani Maria prowadzi mnie na spotkanie z młodzieżą - do sklepu, gdzie pracuje młodsza córka - Kaśka. Chłopaki w sklepie mnie sprawdzają: co tu robię, czy takie włosy się myje, czy piwa się napiję, czy papierosa zapalę... Odpowiadam grzecznie i w miarę możliwości wyczerpująco. Wszyscy są ciekawi świata. Ja przyjechałam tutaj się czegoś dowiedzieć, nauczyć, ale nic za darmo - sama muszę tu coś dać od siebie, coś zostawić. Powoli jednak wszyscy się rozluźniają i otwierają coraz bardziej. W ten sposób poznaje się wieś - różnych ludzi, różne historie. Wiem, że przyjadę tu znowu, chociaż oni jeszcze nie wierzą. Przecież do Maryśki Bieniasowej ciągle ktoś przyjeżdża i rzadko wraca...
Ten następny raz nie nadszedł wcale szybko. Pani Marii mąż od dawna chorował. Pogorszyło się, poleżał w szpitalu i po kilku tygodniach zmarł. Dzwoniłam często wtedy do Woli Koryckiej i dopytywałam się, jak się trzymają. To wystarczyło za wielokrotne odwiedziny - następna wizyta u pani Marii była dla mnie jak wizyta u rodziny. Przyjechałyśmy wtedy z Zuzią rowerami z Wrocławia - po drodze nad Wigry, na Letnią Szkołę "Muzyki Kresów". Znowu nagrania i opowieści. Znowu piwko z chłopakami u Kaśki w sklepie. Byłyśmy znowu źródłem ciekawostek ze świata. Musi zachodzić ta wymiana - to jest uczciwe.
Potem już sama nie wiem, ile razy przyjeżdżałam. Poznawałam kolejnych ludzi - sąsiadów, panie z zespołu pani Marii, jej siostry (również świetne śpiewaczki!), jej dzieci i wnuki. Nagrywałam zawsze jakieś nowe szczegóły etnograficzne, miałam dodatkowe pytania, słuchałam o najnowszych wydarzeniach: o licznych odwiedzinach studentów i profesorów, o nagraniach dla radia, nowych nagrodach na przeglądach folklorystycznych, o ostatnich "wycieczkach" na Kalwarię czy do Lichenia - pani Maria co roku je organizuje dla parafian z Korytnicy. W sklepie u Kaśki też zawsze musiałam chwilę zabawić, posłuchać historii młodszego pokolenia: trzydziestoletni kawalerowie zawsze wieczorem po pracy się tam spotykają. Jako gość sklepowej, zawsze byłam pod ochroną, więc panowie traktowali mnie po dżentelmeńsku. Ale też swobodnie, bez usztywnienia. Po prostu rozmowy o życiu, żarty i przekomarzanie się. Dobre chłopaki - może i chętnie by się ożenili, ale dziewczyny w ich wieku to albo już pożenione albo za pracą się do miasta przeniosły. A już na pewno nie siedzą co wieczór w sklepie! Ja jestem spoza tego systemu, więc możemy sobie o tym pogadać...
Przez tych kilka lat, może niezbyt częstych, ale jednak powtarzających się odwiedzin, wyrobiłam sobie pewien specyficzny status osoby "nietutejszej", ale też "nieobcej". Po prostu ktoś znajomy, dla niektórych może nawet przyjaciel. Wśród mieszkańców wsi takie relacje normalnie nie występują: ludzie są powiązani więzami rodzinnymi albo sąsiedzkimi. Jeżeli ktoś z zewnątrz przyjeżdża do wsi, to albo też w sprawach rodzinnych, albo w interesach. Ja zaś w pewnym momencie zaczęłam przyjeżdżać po prostu w odwiedziny - spotkać się, odświeżyć związki. Posiedzieć przy piecu i pomilczeć z panią Marią. Wysłuchać zwierzeń Kaśki. Zostawić trochę dobrych życzeń.
Dużo się nauczyłam w Woli Koryckiej. I wcale nie pieśni i etnografia okazały się dla mnie najcenniejsze. Te samotne wyprawy w teren okazały się przede wszystkim moim pierwszym sprawdzianem z samodzielności - jako badacza i jako normalnego dorosłego człowieka. Nauczyłam się, że aby tak po prostu spotkać ludzi, trzeba odrzucić wszelkie koncepcje. To działa jak lustro - dopiero wtedy staje się twarzą w twarz z samym sobą. Można zobaczyć, jak wiele mamy wspólnego z innymi. I że naprawdę nikt, ale to nikt, nie jest lepszy czy gorszy. Mimo, że różni nas miejsce pochodzenia, wiek, wykształcenie, religia i tysiące innych pomysłów na to, co jest dla nas dobre, cały czas możliwe jest spotkanie i jakaś pożyteczna wymiana. Wystarczy po prostu być człowiekiem, otworzyć się na świat i nigdy już niczego nie trzeba udawać ani udowadniać. Tego się cały czas uczę... Fragmenty moich zapisów muzycznych do posłuchania tu:

Olga Chojak, 2006

 

powrót do góry...

 

• Lublin

        

Trasę z Wrocławia do Lublina i z powrotem przejechałam pociągiem niezliczoną ilość razy. W latach 1999-2001 przy Międzynarodowej Szkole Muzyki Tradycyjnej Fundacji "Muzyka Kresów" istniała tzw. "grupa lubelska". Nie było by to może nic szczególnego (zespół jak zespół niby...), gdyby nie specyficzny charakter naszych spotkań. To właśnie w Lublinie, w starym biurze Fundacji na ul. Głębokiej, zbierała się co kilka tygodni szalona ekipa, zainteresowana odkrywaniem tradycyjnego śpiewu. Młodzi ludzie z różnych miast Polski, z różnych uczelni, praktycznie bez żadnego wykształcenia muzycznego. Każdy czegoś szukał i przeczuwał, że w doświadczeniu tradycji jest zawarte to coś, co ma sens. Gdyby tak nie było, gdyby nie ta otwartość na rozwój i odkrywanie, być może nie wystarczyłoby nam idealizmu - a tak, to byliśmy w stanie przyjeżdżać przynajmniej raz w miesiącu, z odległych stron, najczęściej dokładając do tego z własnej kieszeni. Codziennie po kilka godzin śpiewu z Moniką Mamińską (dziewczyny) i z Janem Bernadem (chłopaki). A potem jeszcze pół nocy intensywnej integracji, śpiewy i gadanie do rana, wycieczki do "nocnego"...
W większości byliśmy jeszcze wtedy studentami, więc taki tryb pracy był możliwy. Fundacja potrzebowała młodych adeptów, kontynuatorów, którym można by przekazać ideę. Dla nas z kolei historie Jana i Moniki stały się prawdziwą inspiracją: wydobywały z nas podstawowe pytania o nasze miejsce i rolę w tym wszystkim, motywowały do osobistych poszukiwań w głębi siebie. Wcześniej czy później każdy z nas stawał z tymi pytaniami oko w oko i trzeba było samemu znaleźć odpowiedź - Jan i Monika tak naprawdę niczego nie ułatwiali, trzeba było dojść do tego własną pracą, własnym doświadczeniem. Po prostu nie ma gotowej recepty na to, jak się do tradycji odnosić. Tylko bezpośrednie doświadczenie może dać rozwój na tej ścieżce.
Tych kilka lat to nie było jednak tylko siedzenie w biurze Fundacji i w Centrum Kultury na ul. Peowiaków. To także spotkania na tzw. Letnich Szkołach Muzyki Tradycyjnej, to wspólne ekspedycje na wieś po pieśni, wyprawy, takie jak kolędowanie w Kunkowej na Łemkowszczyźnie, koncerty i nagrywanie płyt. Wiele wspólnej pracy na warsztatach, mnóstwo zabawy. Oczywistym jest, że musiały zaistnieć silne związki między nami, bo przyjaźnie, które zawiązały się wtedy w Lublinie, trwają do dzisiaj. A nawet małżeństwa!
Właściwie nie wiadomo, kiedy "grupa lubelska" przestała istnieć. Kolejne osoby zaczynały odkrywać swoje indywidualne ścieżki, rozwijały swoje własne projekty, ale też po prostu taka formuła się wypaliła - "przeszliśmy pewien etap" - jak mawiał Jan Bernad. Faktycznie, coś już nie działało. Trzeba było coś zmienić, żeby się dalej rozwinąć. W kolejnych przedsięwzięciach Fundacji brała udział już tylko część dawnego składu. Ja sama właściwie nadal kontynuuję tą współpracę, o ile tylko dostrzegam obustronną korzyść dla naszych projektów. Z kolei przyjaźnie "lubelskie" świetnie się mają do dzisiaj: spotykamy się często w innych miejscach i w innych działaniach, np. jako Podróżniczy Kolektyw Skrzypcowy, a zdarza się, że również w codziennej pracy zarobkowej (nawet w Londynie!). Obyśmy nadal przyjaźnili się i znajdowali wiele wspólnych ścieżek rozwoju, zarówno w interesach, jak i w sztuce!

Olga Chojak, 2006

 

powrót do góry...

 

• Przystałowice

        

Do Przystałowic Małych niełatwo dojechać. Szczególnie w połowie stycznia. Tak, pierwszy raz trafiliśmy tam w styczniu 2005 roku, kierując się niepohamowanym ciągiem do uczenia się tzw. muzyki tradycyjnej wprost u źródeł.
Jakieś pół roku wcześniej zostaliśmy zaproszeni przez pana Jana Gacę - mistrza skrzypiec, przy okazji festiwalu "Pieśni Bagien" w Woli Uhruskiej nad Bugiem do odwiedzenia go w jego wsi.
Pan Jan to mistrz i przyjaciel dla wielu z nas. Poza niekwestionowanym kunsztem muzycznym uosabia radość i prostotę, której nie sposób się oprzeć. Jest jednym z "ostatnich wiejskich muzykantów", wciąż aktywny i promienny, reprezentuje zanikającą bezpowrotnie kulturę wiejskiego muzykowania, którą to chętnie się dzieli, do której żywo zachęca. Jest doskonałym nauczycielem. Nie odpuszcza. Nie pozwala na niedoróbki, prowokuje do myślenia i działania w graniu, z drugiej strony czasem zagra ci obera tak wolno, że przestaje to mieć wartość szkoleniową!
Jan Gaca jest bez wątpienia patronem i duszą wszystkich naszych akcji związanych z polską muzyką wiejską. Jest naszym "kontaktem" z tradycją.
Podczas pierwszej wizyty w domu Gaców (pan Jan żyje z żoną - panią Marią) dostaliśmy "przekaz" na kilka pierwszych oberków i polek, ćwicząc pod okiem (i uchem) nauczyciela przez kilka zimowych dni i wieczorów. W atmosferze wiejskiego domostwa, zimą, w kuchni przy piecu (i śpiącej przy nim pani Marii) czy w pokoju zadymionym panogacowymi "Fajrantami" piłowaliśmy dziko swoje skrzypce i łoiliśmy w zakupiony w tym samym czasie od stryjecznego brata Jana- pana Stefana Gacy, bęben. Za oknem mróz i białe po horyzont pola, droga; minimum akcji, mimo to w towarzystwie Jana jakby wciąż na najwyższych obrotach.
Potem powrót do Wrocławia. Spokój, radość, satysfakcja. I to nieustające wrażenie, że to co najważniejszego 'wywieźliśmy' z Przystałowic pozostaje wyłącznie w naszych głowach i sercach. Dało się o tym przekonać już dzień-2 później, odsłuchując w domu kasetki z nagraniami sprzed kilku dni.
W miarę możliwości do Przystałowic zaglądamy. Ostatnio latem 2005, przy okazji akcji z PKSem, kiedy to uczestniczyliśmy w dwu doskonałych imprezach w remizach wsi Glina i Brogowa, w klasycznym, wiejskim, polskim stylu.

Fragmenty naszych nagrań z Przystałowic do posłuchania tu:

Bartek Tomaszewski, 2005-2008

 

powrót do góry...

 

copyright © 2008 by CMT I Webdesign by Namgyal, audio&video by T-Burton
Bartosz Tomaszewski